| Rozmowy z Zuzką zawsze pozwalają mi zrozumieć to, czego pewnie sama bym nie zrozumiała. Zapytałam Zuzkę czy wie, po co są tak naprawdę rzecznicy prasowi. Bo po ostatnim „telefonicznym” spotkaniu z jednym z nich za nic pojąć nie mogłam, po co takie stanowisko w ogóle istnieje, a jeśli już musi istnieć, to powinno być ograniczane wiekiem. Jakoś zawsze łatwiej rozmawia mi się z młodym wykształconym rzecznikiem niż z rzecznikiem z innej epoki i innego wymiaru. Zuzka wytłumaczyła mi prosto i dobitnie. Rzecznicy są po to, żeby „utrudnić nam” dostęp do informacji. Nie ułatwić, a utrudnić. Idąc na ten przykład do rzecznika jakiegoś tam prezydenta czy burmistrza, oczekujemy na szybkie i rzeczowe wyjaśnienie sprawy, z którą przychodzimy, a jaką odpowiedź otrzymujemy? Zapytała Zuzka. Sądzę że rzeczową -odpowiedziałam. Otóż otrzymujemy od rzecznika odpowiedź „żadną”, bo albo musimy swój problem wysłać listem elektronicznym, albo rzecznik posyła nas na przysłowiowe „drzewo”, bo nie dość, że zakłócamy mu cenny czas pracy i coś chcemy, to wymagania mamy ponadprzeciętne. Rzecznik zaś informacji musi zasięgnąć - 1 dzień, zredagować „zawiłe” pismo do nas - to już zajmuje całe 2 dni. Potem przeczytać to co napisał musi, a że czasem nie bardzo wie co pisze, to kolejne 3 dni nam upływa. My „ze skóry wychodzimy”, a taki (niedo)rzecznik ma czas. Nie rozumiemy co napisał i w jakim języku? To już nasz problem, nie rzecznika prasowego. Rzecznik pisze w języku esperanto zapewne, więc jeśli nie znamy języka pana Zamenhoffa to sięgnijmy po słownik. Zawiłe to wszystko i takie pokręcone, nie możemy zrozumieć gdzie początek, a gdzie koniec? Znowu mamy problem, a rzecznik? Rzecznik jest po to, żeby nieustannie pokazywać nam jacy jesteśmy niedoskonali, przewrotni i małostkowi. Do tego wszystkiego, jeśli trafi nam się wiekowo starszy osobnik, to na bank nie zrozumiemy o co chodzi, a że taki trafia nam się stale… więc stale jesteśmy niedoinformowani. Zupełnie jak w życiu - roześmiała się Zuza. Mówimy do naszych lubych, że niebo jest lazurowe, a nasz luby mówi: „w głowie ci się kobieto poprzewracało od tych upałów - niebo to nie poezja”. Podobnie jest z rzecznikami, w głowie im się od upałów poprzewracało, czują się pewni swych posad. Nieśmiertelni i niedorzeczni zupełnie jak w „Folwarku zwierzęcym” Orwella. Warto przypomnieć sobie, kim w stadzie był rzecznik prasowy. Zwierzęta szybciej rozumieją i niedorzeczności, i doskonałości łomżyńskich rzeczników. Alicja
"Narew Extra Tygodnik"
|
|
Żar leje się z nieba już kilkanaście dni i jak tu myśleć o uczuciach - Zuzka roześmiała się. Postanowiłyśmy pojechać do lasu nad jeziorko i poleniuchować, ale jak zwykle nie dane nam było spokojnie odetchnąć. Gdy już prawie dotarłyśmy do celu zadzwonił luby Zuzki z pytaniem, co ma zrobić, bo w domu jest potwornie duszno i mamusia słabnie. Nie wiedziałyśmy czy żartuje, czy faktycznie. Mamusia źle poczuła się w jego towarzystwie i wracać należy natychmiast. Po chwili rozmowy Zuzka zdecydowała, że robimy odpoczynek w cieniu drzew na najbliższej polanie, a Mamusia niech mdleje w obecności syna...
Przypomniałyśmy sobie historię sprzed kilku lat, kiedy to jeden z naszych wspólnych kolegów miał wyprowadzić się z domu do swojej dziewczyny, jego mama robiła wszystko, żeby do tego nie doszło. Był więc i atak serca, i kolka nerkowa, złe przeczucia, a potem omdlenia.
Tak to już jest, że matki uważają przeważnie, że żadna kobieta nie będzie wystarczająco dbać o syna, nie będzie miał na czas wyprasowanych koszul, w lodówce nie będzie wystarczającej ilości jedzenia, nikt nie pomyśli o piwie zimnym. Matczyna nadopiekuńczość względem dorosłego syna jest „przeokropna”. Mężczyźni od najmłodszych lat postrzegani są przez własne matki jako biedne anemiczne istotki, które nie potrafią nic, więc trzeba im podać, uprasować, przypomnieć... i tu jest błąd podstawowy, albowiem większość przedstawicieli płci odmiennej jest bardzo zaradna, kończą studia, zakładają rodziny, świetnie gotują i bardzo dobrze sprawdzają się w roli opiekunek do dzieci.
Dlaczego więc, co poniektóre matki robią z własnych synów niezdary? - zapytała Zuzka. Codziennie jest to samo... Staś nie ma czystej koszuli? Zapytała mnie ostatnio teściowa, a w sumie stwierdziła. Drugi dzień chodzi w tej samej. Potem było zaglądanie do lodówki i stwierdzenie, że wędlina jest za tłusta, nie ma schłodzonej wody mineralnej. Pół dnia chodzenia po mojej kuchni i zrzędzenie jaki to synek biedny, jaka to ja niedobra, niegospodarna, nieczuła, a syn mógł trafić o wiele lepiej i miałby wtedy wszystko na czas. I co zrobiłaś - zapytałam? Co w takiej sytuacji może zrobić synowa? Może być albo bardzo niegrzeczna, albo bardzo miła dla matki swego lubego. Wybrałam opcję trzecią czyli spacer. Zawsze tak jest gdy jest na dworze potworny upał i zbiera się na deszcz, starsi ludzie stają się nerwowi i roszczeniowi. Wszystko im przeszkadza, wszystko jest nie tak. Wtedy trzeba się ewakuować, uciekać z „pola rażenia”. Naukowo bowiem stwierdzono, że kobiety bez względu na wiek źle reagują na zmianę ciśnienia atmosferycznego.
Leżałyśmy więc z Zuzką na polanie, oglądałyśmy chmury i myślałyśmy żeby ten deszcz jak najszybciej nadszedł, wtedy mamusia jej lubego mdleć przestanie i my lepiej się poczujemy. Jak na złość jednak chmury wiatr zwiał w odwrotną stronę, a luby Zuzy dzwonił i pytał a to o glucardiamid, a to o amol. Zmuszone w końcu zostałyśmy do powrotu. Gdy powoli pedałowałyśmy w kierunku domu Zuzy wiatr zmienił kierunek. Ciemne chmury zasnuły niebo... Pierwsze krople deszczu dopadły nas na podwórku. Mamusia odetchnęła pełną piersią. Stasio Zuzy znormalniał i nawet kawę zaproponował. Wszystko do normy wróciło, za oknem rozszalała się na dobre ulewa.
Tak więc deszcz zmienił wszystko. Nastawienie do życia nadopiekuńczych mamuś, nastawienie mężczyzn. A tak naprawdę to nasi „najdrożsi” są naprawdę wartościowym gatunkiem. I gdyby nie mamusie, i gdyby nie te straszliwe upały...
Alicja
|
|
|
| Upały, upały, upały… Ostatnio na przydomowym termometrze skończyła się skala - rtęć dobiła do pięćdziesiątki i ani rusz w górę, choć zapewne bardzo chciała. Inna sprawa, że na przydomowy termometr padają promienie słoneczne, a nie cień gruszy. Tyle, że i w cieniu nie było przyjemniej...
Całą wiosnę narzekałam na jesienny deszcz i biadoliłam, że Pan Bóg nie pozwala zakochać się w aurze pasującej do aktualnej pory roku. W środku maja, kiedy już dawno powinnam wdziewać na siebie kolorowe sukienki, spacerowałam z parasolką w ręku i w zielonym płaszczu, który nijak pasował do szaroburych drzew. A teraz? Zmiana o sto osiemdziesiąt stopni i, nie oszukujmy się, raczej na gorsze. Podobno to przez globalne ocieplenie, ale żeby tak od razu i z taką siłą?
Najchętniej nie wychodziłabym z wanny, co oczywiście jest niemożliwe, kiedy w domu razem z tobą mieszkają jeszcze cztery osoby. Basen jakoś mnie nie kusi. Przy takiej liczbie osób, jaka się tam teraz kręci, jest bowiem mało prawdopodobne, że wpadnę w ręce przystojnego ratownika, który wydobędzie mnie z chlorowanych odmętów wody. Miałby taką szansę, bo pływać nie umiem.
W ogóle samo dojście do jakiegokolwiek miejsca, gdzie można się choć trochę ochłodzić, wymaga tyle wysiłku, że wydaje się, iż przemierzamy pustynię, a to przecież tylko bartoszycka Sahara. Do tego wcale nie taka wielka i piękna.
Mimo to niektórym upały nie przeszkadzają. Znajomi zapakowali plecaki i pojechali w góry. Oczywiście, beze mnie, no i pociągiem, bo taniej. To nic, że podróż trwała cały dzień, a po jej zakończeniu nie byli w stanie podnieść własnych walizek. Człowiek ma zniżkę, więc wybiera pociąg.
Zresztą trzeba stale przypominać nowemu prezydentowi o wyborczych obietnicach. 50 procent zniżki dla studentów na przejazdy PKP to nie byle co, dlatego młodzież jeździ i zachwala, a prezydent słucha.
Jak komuś nie pasują góry, pociągi i polityczne obiecanki, to zostają jeszcze jeziora. Co prawda przepełnione, nie zawsze czyste, do tego z rojem komarów i innych muszek, ale przecież nasze – warmińskie, mazurskie, polskie. W końcu wszystko, co nasze jest dobre, a to, co dobre szybko się kończy. Nie miejmy więc złudzeń, upały miną. Na co szczerze liczę ja i zapewne większość czytelników.
Edzia (w wakacyjnym zastępstwie Gieni)
"Extra - Tygodnik Bartoszycki"
|
|
|
Zawsze Zuzka w wolne dni ma problemy z Mamusią lubego, z nim samym i całym światem. No, bo tak naprawdę faceci są zawsze cool, choć nie zawsze rozumieją co to cool oznacza. Moja serdeczna koleżanka właśnie wychodzi za mąż i tak naprawdę istnieje na dzień dzisiejszy tylko słowo wychodzi, co oznacza wychodzi z siebie. Dzień przed ślubem przyszły osobisty obchodził pożegnanie z wolnością, co w języku potocznym, czyli męskim, oznacza nic innego jak wieczór kawalerski. To przerażające co oni na tych wieczorach robią, przede wszystkim wybierają odludzie co by nikt nie zobaczył jak wyglądają wolni faceci. Potem wlewają w siebie morze C2H5OH, a potem robią rzeczy takie, o których nigdy im się nie śniło. Tak więc można przyszłego „więźnia stadła” w pokrzywy wrzucić ot tak dla zdrowotności, potem smarem go wysmarować i w piasku wytarzać, do jeziora wrzucić. Pomysłów jest co nie miara, co jeden to lepszy. Zuzka ze zdziwienia aż oczy przetarła gdy sąsiad po takiej nocy „pożegnania wolności” do rodzinnego domu powrócił. Noga w gipsie, twarz poorana jak po bitwie ze żbikiem, o samopoczuciu już nie wspominając. Kosmiczna masakra , ale cóż oni tak mają. Idą do wojska, piją wszystko co by tylko porządnie „sponiewierało”, żenią się, też piją, potem na świat dziecko przychodzi, więc też oblać to muszą, umrze teściowa to podobno z radości piją, choćby najlepsza była. Oczywiście, są wyjątki od reguły i te wyjątki cicho siedzą jak przysłowiowa mysz pod miotłą. Bo jeśli tylko trochę się wychylą pozostali wyluzowani żyć im nie dają. Narzeczony koleżanki sponiewierany po wieczorze kawalerskim wrócił , a w zasadzie dowieźli go pozostali, którzy swoją wolność już dawno potracili. Uroczyście zdziwionym rodzicom oświadczył że oto pożegnał się z wolnością i w jasyr idzie, więc niech mu tylko współczują, a że twarz ma podrapaną, nogi niesprawne – to tylko efekt uboczny tego wolnościowego szaleństwa. Wszak od jutra zamierza być przewodnikiem stada małżeńskiego i uroczyste TAK powie gdzie trzeba. Tak oto endorfina miłością zwana w kosmos prowadzi i tak potrafi sponiewierać, że powrót na orbitę ziemską z różowymi kajdankami na rękach, przez długie dni i miesiące pamiętać wszyscy będą. Bo faceci dziwnie pojmują wolność, swobodę i endorfinę. Wszak żaden z nich tablicy Mendelejewa na pamięć się nie uczy. Chyba że z własnej nieprzymuszonej woli chemikiem zostanie. Tak więc endorfina i kosmos to wyrazy zarezerwowane dla nas. Bo my, choć nie chemiczki, zawsze pamiętamy co po wolności nastaje…nowy dzień i niewola na długie lata.
Alicja
„Narew – Extra Tygodnik”
|
|
|