Czwartek, 9 Września 2010
Flesz


PDF Drukuj Email
Nie jestem gwiazdą
6.1._piasekZ Andrzejem Piaskiem-Piasecznym o sukcesie na Top-Trendy, podróżach i planach na  przyszłość rozmawia Alicja Jaszczuk.

Po raz kolejny sukces, na tegorocznym Top- Trendy piosenka "Przytul, wybacz" zajęła pierwsze miejsce...
Współpraca z Sewerynem Krajewskim zaowocowała niejednym przebojem. Piosenka „Przytul, wybacz” od roku jest w czołówce list przebojów. Jest melodyjna..., ale czy to sukces tylko mój?  Nie sądzę. To sukces przede wszystkim Seweryna Krajewskiego.

Był taki okres, gdy nie było pana widać na polskiej estradzie. Co wtedy się z panem działo? Odbył pan podobno kilka traumatycznych podróży. M. in. do Chin.
Dlaczego traumatycznych. Podróże mogą być przyjemne, zaskakujące, ale na pewno nie traumatyczne. Podróż do Chin na pewno nie była traumatyczna. Pozwoliła mi poznać lepiej ten kraj, ich zwyczaje, muzykę. To bardzo ciekawe doświadczenie. Zresztą zaowocowało ono przemyśleniami na nową płytę.

Czy nadal będzie pan współpracował z Sewerynem Krajewskim? A może z tej współpracy powstanie nowa płyta?

Bardzo bym chciał, ale to nie zależy tylko ode mnie. Seweryn zniknął z różnych powodów osobistych ze sceny muzycznej. Dość długo trwały pertraktacje, namawianie, żeby zdecydował się choć na chwilę wrócić do muzyki. W końcu udało się. Udało nam się nagrać w prywatnym studio Seweryna kilka piosenek. Jedna z nich spodobała się publiczności.

Kolejna płyta kiedy?
Myślę, że w niedługim czasie. Pracuję nad nowym materiałem. Zdradzę tylko, że to będzie inna muzyka, inne piosenki, inne klimaty.

Szczęście. Czy jest pan człowiekiem szczęśliwym, spełnionym?
Szczęście jest ulotne... moja muzyka, piosenki, płyty, które wydałem, to jest szczęście. Więc jestem szczęśliwy.

Alicja Jaszczuk
 
PDF Drukuj Email
Wrócili filmowcy

09MateuszartNa ulicach Sandomierza znowu można było w ostatnich dniach spotkać filmowców. Jeszcze wczoraj kręcone były zdjęcia do nowych odcinków serialun "Ojciec Mateusz", którego nowe odcinki obejrzymy po wakacjach.

Za nami już trzy sezony serialu na antenie telewizyjnej "Jedynki". Serial okazał się wielkim przebojem czwartkowych wieczorów, dlatego powstają kolejne odcinki. Kilka milionów wiernych widzów od września znów będzie spotykać się z sympatycznym księdzem, który pomaga miejscowej policji w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek.

W Sandomierzu gościli w czasie lipcowej serii zdjęć m.in. Tamara Arciuch, Kinga Preis, Artur Żmijewski i Piotr Polk. Do ekipy dołączył nowy reżyser Wojciech Nowak, który wyreżyseruje trzy odcinki nowej serii. Dołączył do Andrzeja Kostenko , Macieja Dejczera i Macieja Dutkiewicza.

“Ojciec Mateusz” jest polską wersją serialu kryminalno-obyczajowego Don Matteo emitowanego we Włoszech przez kanał telewizyjny Rai Uno, a w Polsce m.in. przez TVP 1. Serial opowiada o przygodach księdza, który po powrocie z Białorusi zostaje skierowany do pracy w małej parafii, w Sandomierzu. Jako proboszcz wspólnie z zaprzyjaźnionym policjantem rozwiązuje zagadki kryminalne oraz niesie pomoc swoim parafianom, a także wszystkim, którzy są w potrzebie. Zdjęcia do nowej serii kręcone będą także w innych miejscowościach województwa świętokrzyskiego, m.in. w Kielcach, Busku, Kurozwękach i Nagłowicach.

(mad)

 
PDF Drukuj Email
Chcę wydawać dobrą muzykę

03ThomasLangner001artThomas Langner – częstochowianin, któremu się udało. Tutaj stawiał swoje pierwsze kroki i debiutował jako DJ. Wyjechał, bo to miasto więcej już nie mogło mu dać, a chciał się rozwijać. Teraz wraca tu z sentymentem i wspomina imprezy z lat 90’. Marzy mu się kilka kontraktów z dobrymi wytwórniami muzycznymi.

Magda Łyko – Jesteś z Częstochowy tutaj stawiałeś swoje pierwsze kroki jako Dj?

Thomas Langer – Tak zgadza się urodziłem się w Częstochowie i tutaj spędziłem większość swojego życia. Bardzo miło wspominam te czasy, niektórzy mówią, że tutaj jest kiepsko jeśli chodzi o muzykę klubową itd., ale ja nie do końca się z tym zgadzam, bo odkąd pamiętam i to były lata 90’ chłopaki dobrze grali, a nawet obecny właściciel klubu Rura Albert wtedy też był Dj-em i grał naprawdę dobrą muzykę klubową w Wakansie. Wtedy ta muzyka była straszną niszą i teraz jak o tym myślę to wyglądało to trochę śmiesznie, aczkolwiek mam wrażenie, że powoli ta muzyka zatacza krąg i wraca do tego co było wtedy. W ogóle ta muzyka, która obecnie jest promowana w mediach jest zupełnie inna od tego co my próbujemy robić i wydaje mi się, że odbiega też od tego co ludzie chcieliby słuchać, a bynajmniej ci prawdziwi klubowicze. Media kreują jakąś papkę „mega” infantylną. Ostatnio oglądałem pod rząd kilka teledysków, w których śpiewano w refrenie jakieś polskie nazwiska no i czasami widząc takie rzeczy czuje się jak bym był z innego świata i sam siebie pytam „o co chodzi?”.

M.Ł. – Masz rację, ale niestety w większości klubach w Częstochowie, w ogóle albo bardzo rzadko jest jakiś Dj z prawdziwego zdarzenia i ludzie są skazani na bawienie się w rytm tego co w danym momencie „leci” w radiu.

T.L. – Ja sobie zdaję sprawę z tego, że to wszystko wynika z względów ekonomicznych. Sam wyjechałem do Krakowa, bo tutaj nie zarabiałem jeszcze tak dobrze jako Dj i producent, by tylko z tego się utrzymać, więc byłem menagerem w dwóch czy trzech klubach w Krakowie. Oprócz tego, że byłem rezydentem grałem na imprezach raz w tygodniu. Teraz organizując imprezy biorę na pewne rzeczy poprawkę, bo wielu ludziom jest łatwo powiedzieć, że – „dlaczego się nic nie dzieje to? dlaczego nie zaprosili tego czy tamtego?”. Z prostych względów my jako Dj-e też chcemy zarobić, a żebyśmy my zarobili właściciel klubu musi mieć komplet ludzi, by jemu się to opłacało.

M.Ł. – Są jakieś miejsca, w których nigdy byś nie wystąpił?

T.L. – To jest zawsze taki dylemat. Są miejsca, w których chcą byśmy zagrali, płacą dobre pieniądze, niektórzy Dj-e się na to godzą, a niektórzy (w tym ja) podchodzą do tego ostrożnie. Są różne dyskoteki, na których nie chciał bym grać, bo mogło by mnie to postawić w niekorzystnym świetle. Trzeba sobie zadać pytanie – „czy mogę jeszcze pojeździć starszym samochodem jakiś czas, ale być usatysfakcjonowanym z tego co robię, czy właśnie w to zabrnąć, pogubić się, ale mieć duże pieniądze i nowszy samochód?”. Ja wybieram to pierwsze.

M.Ł. – Czy Częstochowa pomogła ci się rozwinąć?

T.L. – Częstochowa chyba nie, ale tamten okres z lat 90’, o którym wspominałem na początku. Te imprezy wtedy wyglądały całkiem nieźle, ale myślę, że to bardziej ludzie mi pomogli, niż samo miasto. Wiesz, w niektórych miastach podobnych wielkością do Częstochowy kompletnie nic się nie dzieje jeśli chodzi o muzykę elektroniczną, a tutaj zawsze kilka osób próbowało coś robić. Był Wakans potem coś działo się we Fleszu. Udało, mi się bo szybko to „załapałem” i zrozumiałem o co w tym chodzi. W pewnym momencie robiłem non stop te imprezy i doszedłem do wniosku, że to już jest wszystko czego mogę oczekiwać od Częstochowy. Jest mnóstwo fajnych ludzi w tym mieście, ale już wtedy pojawiło się zjawisko migracji, ludzie nie mieli korzystnych warunków pracy, powoli każdy zaczynał stąd uciekać. I to się nie zmieniło ludzie nadal nie mają pracy, nie mają pieniędzy na życie o imprezach nie wspominając. Niestety średnio to tutaj wygląda.

M.Ł. – Myślisz, że w Częstochowie można się rozwinąć w czymkolwiek?

T.L. – To zależy, bo np. producent może swoją pracę wykonywać wszędzie, może zamieszkać w leśniczówce byle by był zasięg i internet bezprzewodowy. Nawet chyba było by lepiej, bo cały tydzień siedzisz w lesie z dala od wszystkiego, robisz muzykę i raz na tydzień wysyłasz to do wytwórni. W ogóle zawsze było tak, że ludzie bardzo lgnęli do Warszawy i był okres ze wśród Dj-ów nie było producentów tylko osoby, które po prostu puszczały czyjąś muzykę na imprezach. Był taki stereotyp, że jeśli grasz w stolicy to znaczy, że jesteś wspaniały. Dj-e nagminnie wyjeżdżali do Warszawy właśnie po to, by dostać etykietę super Dj. Na szczęście to zupełnie się nie sprawdziło, ludzie się przekonali, że Dj-em może być osoba właśnie z jakiejś leśniczówki, w której mieszkała kilka lat. Także miasto wg mnie nie ma znaczenia, a bardziej liczy się to, czy człowiek jest ambitny.

M.Ł. – Według ciebie scena klubowa w Częstochowie rozwinęła się od tamtego czasu?

T.L. – Czy się rozwinęła ciężko powiedzieć. Ja na pewno lepiej wspominam te moje pierwsze imprezy tutaj, na których zaczynałem. Teraz jest inaczej, ale mimo to nadal lubię tu przyjeżdżać. Powiem tak, jestem w Krakowie, tam żyje, ale mimo to lubię raz w miesiącu tutaj wracać, bo w Częstochowie nie przychodzi się jeszcze do klubu po to by się pokazać, tylko jest jeszcze dużo ludzi, którzy przychodzą, bo są spragnieni muzyki. W Krakowie jak byś przeszła po klubie i zapytała kto dzisiaj gra nikt, by nie był wstanie ci odpowiedzieć. A tutaj jest tego mało i jak raz na jakiś czas pojawia się ktoś fajny to ludzie tym żyją, o tym mówią i to jest duży plus tego miasta.

M.Ł. – Jak długo grasz na imprezach?

T.L. – Trzeba to rozgraniczyć, bo gram na imprezach około 10 lat, a własną muzykę produkuję około 5 lat i jest to zupełnie coś innego. Występy publiczne „pasą” nasze ego, to taka karma, że dobrze się czujesz jak sobie pograsz i ludzie się dobrze pobawią. Aczkolwiek chyba w każdym z nas jest coś takiego, że jak ja teraz siedzę z tobą tutaj, to w tym momencie dążę do tego, by Dj-e grający tam, grali moje kawałki. Nie ważne, że to ich widać i to oni grają, ale ważne, że mój numer jest taki dobry, że muszą go kupować, by ludzie się bawili. W pewnym wieku przekracza się taką granicę i ten poklask w trakcie imprezy schodzi na drugi plan, a ważniejsze jest to żeby zrobić dobrą muzykę.

M.Ł. – Masz jakiś cel, do którego dążysz w swoim zawodzie?

T.L. – Co roku wyznaczam sobie plan do zrealizowania i dalej się nie zapędzam myślami. W tym roku przygotowałem demo, na którym znajduje się 10 kawałków, które zamierzam wysłać. Oczekuję, że będą nimi zainteresowane dobre i prestiżowe wytwórnie. To jest mój plan, chcę wydawać dobrą muzykę i na dzień dzisiejszy o tym myślę. Chciałbym zorganizować kilka dobrych imprez, ale wątpię w to ostatnio, bo widzę co się dzieje i nie jestem pewien czy to miało by sens.

M.Ł. – Czego możemy życzyć naszemu utalentowanemu częstochowianinowi?

T.L. – Kontraktów z dobrymi wytwórniami i nie wiele, ale kilka fajnych zagranicznych eventów.

M.Ł. Kiedy będziesz znowu w Częstochowie?

T.L. – Jestem tutaj regularnie, czyli raz w miesiącu. Także bardzo serdecznie zapraszam wszystkich do Rury.

M.Ł. – Na koniec jeszcze pytanie dlaczego Langner? Kilka osób prosiło, abym cię o to zapytała.

T.L. – (Uśmiech) Langner to jest nazwisko dziadka, wcześniej grałem jako Dj Ex-or i kiedy zacząłem wydawać muzykę kilka osób stwierdziło, że nazwisko Więcław będzie nie do zaakceptowania w sklepach internetowych. Miałem zadanie poszukać ciekawszego nazwiska i okazało się, że w rodzinie mam takie fajne nazwisko i od tego czasu służy mi jako mój nick.

Rozmawiała Magda Łyko

Poniedziałek Tygodnik Częstochowski Extra

 
PDF Drukuj Email
Panisko - Honorowy Obywatel...

02WasaartW piątek poprzedniego tygodnia jadąc drogą Ustrzyki Dolne Arłamów zatrzymała mnie ekipa drogowców która solidnie pucowała tą trasę.  Naprawa wyrw w asfalcie solidne koszenie  poboczy i sporo pracowników w pomarańczowych uniformach solidnie pracowało.

Zmuszony do postoju zapytałam jednego z tych pracowników co, to się stało że tak tu szlifują drogę którą już  od lat kilkanaście razy w roku jadę i pierwszy raz widzę tutaj takie zabiegi. Człowiek w pomarańczowym ubiorze w moim wieku odparował mi : "panie wielkie panisko ma tutaj przyjechać". Jak go zapytałem jakie to panisko to mi z nieukrywaną złością burknął" nie wnerwiaj nie człowieku zapytaj burmistrza Ustrzyk".

Po takim strzale pomyślałem sobie jedno ,nie będę wydzwaniał po burmistrzach ale poszukam w mediach co to za wielka persona ma tam przybyć. Po powrocie do domu poszperałem w internecie i dowiedziałem się że burmistrz i rada miasta Ustrzyk Dolnych ma przyjąć uchwałę  o nadaniu tytułu honorowego obywatela Lechowi Wałęsie. Taką właśnie uchwałę mają pod koniec czerwca przegłosować radni Ustrzyk Dolnych. Jej projekt jest już gotowy. Pomysł uhonorowania byłego prezydenta RP Lecha Wałęsy wyszedł od Henryka Sułui, burmistrza Ustrzyk Dolnych.

Pan Burmistrz Sułuja stwierdził  że Lech Wałęsa na tyle przyczynił się do popularyzacji Ustrzyk i zasłużył się dla miasta, że honorowe obywatelstwo mu się należy. W uzasadnieniu decyzji burmistrz pisze m.in., że Lech Wałęsa jest wybitnym mężem stanu, człowiekiem, który w latach osiemdziesiątych zasadniczo przyczynił się do zmiany biegu dziejów kraju, Europy i świata. "W roku 1981 Lech Wałęsa doprowadził do uznania przez ówczesnewładze dążeń bieszczadzkich rolników do samorządności i zakończenia trwającego ponad 50 dni strajku chłopskiego w Ustrzykach Dolnych poprzez podpisanie w 1981 r. porozumień rzeszowsko-ustrzyckich, czym otworzył drogę do późniejszej rejestracji NSZZ Rolników Indywidualnych "Solidarność".

Gospodarz Ustrzyk podkreślił również, że nie można zapominać, iż „Wałęsa był w stanie wojennym internowany w położonym na terenie ustrzyckiej gminy Arłamowie, co dziś stanowi największą historyczną atrakcję turystycznego ośrodka. Dzięki porozumieniom rzeszowsko-ustrzyckim i spędzeniu przez Wałęsę kilku miesięcy w Arłamowie, Ustrzyki trafiły do podręczników historii ".

10 lipca były prezydent odwiedzi  Ustrzyki, i Arłamów. Odbierze dokument nadania mu tytułu honorowego obywatela grodu nad Strwiążem, ale  nade wszystko spotka się z mieszkańcami i turystami. Na życzenie pana Wałęsy spotkanie odbędzie się pod gołym niebem, w miejskim parku, żeby atmosfera była luźna.

Panie  były już Przewodniczący NSZZ "Solidarność", Panie były Prezydencie RP!  Robotniku  z krwi i kości  co  w ciebie uwierzyli  polscy robotnicy  za czasów PRL. A także gorliwy katoliku z wpiętą w klapę marynarki Matką Boską. Panie Lechu  ( to drugie popularne imię co dr. Cenckiewicz w swojej książce wspomina  nie wymieniam bo nie mam zamiaru po sądach się włóczyć).

Dopadła mnie straszna ciekawość czy na te balety które odbędą się na Pana cześć przybędą "zadowoleni" robotnicy z zlikwidowanych zakładów Podkarpacia. Czy przybędą gorliwi katolicy - słuchacze Radia Maryja których Pan nazwał psycholami od Rydzyka,  a także rolnicy co to nie mają gdzie sprzedać  swoich produktów i za chlebem emigrują  do Szwecji lub Niemiec?

Domniemywam że na tym spotkaniu pod gołym niebem będzie mocna obstawa  a Pan Burmistrz z grupą lokalnych polityków  na pewno zadba o nietykalność słowną i fizyczną ociekającej wazeliną legendy, co to dzięki robolom osiągnęła wszystko tylko, że o tych robolach Panisko zapomniał i twierdzi że On z Danką wszystko sam zrobił, a nawet komunizm wykończył...

KAZIMIERZ OLENDER

 
PDF Drukuj Email
Artysta za kierownicą

26Rozmus1artRobert Rozmus pochodzi z Podkarpacia. Dawno już tam nie mieszka, ale jego losy życiowe i zawodowe ciągle sprowadzają go w rodzinne strony. Dlaczego teraz?

Spotykamy się w Rzeszowie. Przyjeżdżając tutaj, wraca Pan jakby na stare śmieci. Lubi Pan te powroty?

- Zdecydowanie tak. W końcu wywodzę się z Podkarpacia, a dokładnie z Korczyny koło Krosna, więc te 70 km dzielących moje rodzinne strony od Rzeszowa to żadna odległość. Z tym regionem wiążą się moje pierwsze emocje związane ze szkołą, pierwsze szaleństwa, pierwsze kochania… Także śmiało mogę powiedzieć, że Podkarpacie to moja miłość. Ostatnio bywam tu niestety rzadziej, bo jeśli nie jestem zajęty w Warszawie, to najczęściej bywam w trasie. Czasem, patrząc na liczbę przejechanych kilometrów, zastanawiam się czy jestem jeszcze artystą czy już bardziej kierowcą (śmiech). Jednak czas świąteczny zawsze rezerwuję dla Krosna, gdzie mieszkają moi rodzice.

Od lat nie mieszka Pan w tych stronach, ale kiedy tu bywa zauważa jakieś zmiany?

- Przyznaję się bez bicia, że rzeczywiście nie śledzę na bieżąco tego, co się dzieje na Podkarpaciu. Ale z każdym pobytem zaskakują mnie tu liczne zmiany. Zmiany oczywiście na lepsze. Cieszy mnie powstawanie nowych ośrodków sportowych. Osobiście między działaniami artystycznymi, dość mocno skupiam się na amatorskim uprawianiem kilku dyscyplin. Pamiętam też jak kogoś ze znajomych zabrałem w te strony na koncert. Wjeżdżając do Rzeszowa, już wyciągałem rękę, żeby pokazać po mojej prawicy słynny hotel Rzeszów. Wielkie było moje zdziwienie, kiedy nie zastałem go na swoim miejscu (uśmiech).

Jak wyglądało pierwsze zderzenie chłopaka z małej podkarpackiej miejscowości z wielkim światem?

- Może nie aż tak wielkim, ale rzeczywiście od małego marzyłem, żeby zostać kimś. Na początku chciałem zostać słynnym sportowcem jak Andrzej Grubba. Grałem nawet w tenisa stołowego w Karpatach Krosno. Przyszedł jednak czas, żeby podjąć ostateczną decyzję i wybrałem aktorstwo. Nie obeszło się bez kłopotów, bo dostałem się dopiero za drugim razem do Łodzi. Warszawa mnie nie chciała. Strasznie się wtedy obraziłem, był to dla mnie ogromny cios.

Ale nie zraził się Pan?

- Pierwsze zetknięcie z porażką było dla mnie dość bolesne. Później przez rok intensywnie nad sobą pracowałem. Przede wszystkim nad dykcją, bo rzekomo to ona mnie zdyskwalifikowała. Po roku nie wróciłem do Warszawy, tylko wybrałem łódzką szkołę filmową. I udało się!

26Rozmus2artZdecydowanie. W końcu niewielu absolwentom szkół aktorskich udaje się pozostać w zawodzie i do tego zapracować sobie na znane nazwisko.

- Jak każdy młody człowiek podchodziłem do studiów dość ambicjonalnie. Chciałem zostać profesjonalistą, grać wielkie role.

I znów postanowił Pan podbić stolicę.

- To prawda. Niestety Warszawa odrzuciła mnie po raz kolejny i nie udało mi się uzyskać angażu do żadnego z tamtejszych teatrów. Wróciłem do Łodzi, do Teatru Powszechnego. I rzeczywiście zacząłem grać duże role.

Bo w końcu my z Podkarpacia jesteśmy zdolni!

- A jakże! Zdolni, ambitni, z błyskiem w oku i nutką szaleństwa, która zawsze się przydaje. Z pewnością na początku drogi pomogły mi egzaminy końcowe z filmówki, w których miałem przyjemność grać u samego Adama Hanuszkiewicza.

Nie mogło być inaczej, przecież Hanuszkiewicz to też „swój chłopak”, który pierwsze kroki stawiał właśnie w rzeszowskim teatrze.

- Dokładnie. I to on pomógł mi po raz trzeci w zdobyciu stolicy i zaangażował do swojego Teatru Nowego.
Do trzech razy sztuka. Chciałbym jeszcze na moment wrócić do Łodzi i słynnej „filmówki”. Choć ukończył Pan szkołę o tej wymownej nazwie, z filmem jak do tej pory niewiele miał Pan wspólnego.

- To prawda. Ale są to wybory, których nie ja sam dokonuję. Raczej przypadek lub samo życie je weryfikuje. Początkowo grywałem sporo ról dramatycznych, co też nie wskazywało na to, że kiedyś w dużej mierze będę się zajmował estradą.

No właśnie… Może to właśnie dzięki kojarzeniu z nią, nie otrzymuje Pan propozycji filmowych? Nie ma Pan o to żalu do reżyserów?

- Być może tak po części jest. Ale jak mówią słowa piosenki „nie mam żalu do nikogo” (śmiech). W momencie przyjazdu do Warszawy, zaczęły się moje bliższe spotkania z estradą. Myślę, że za sprawą Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, gdzie w duecie z Piotrkiem Gąsowskim zdobyliśmy pierwsze miejsce, zaczęły się pojawiać takie a nie inne propozycje. To znaczy pojawiały się… Tak naprawdę to myśmy je sobie wychodzili. Stąd nasz udział w licznych festiwalach, kabaretonach… Później powołaliśmy do życia twór pod nazwą „Tercet czyli kwartet” z Hanią Śleszyńską i Wojtkiem Kaletą. I tak cała ta machina zaczęła się kręcić.

A skoro przy filmach i kręceniu jesteśmy, to może warto wrócić do sprawdzonych sposobów i samemu wychodzić sobie udział w jakichś produkcjach. Tym bardziej, że daleko nie trzeba szukać. Przecież Wojtek Smarzowski, niemal kolega z podwórka…

- „Dom zły”, oj świetny film! Ma pan zupełną rację. Przecież Wojtek też jest z Korczyny i kręci filmy na i o Podkarpaciu. Zaraz po naszej rozmowie zadzwonię do niego i go opierniczę, dlaczego nie ja gram główne role w jego filmach (śmiech).

Która z dziedzin sztuki, przez Pana uprawianych jest mu najbliższa?

- Trudno mi powiedzieć. Bardzo lubię estradę, ale teraz częściej występuję z kolei w teatrze, za którym bardzo się stęskniłem. Bo w końcu tak naprawdę jestem aktorem. Estrada to świetna przygoda i, nie ukrywam, że także sposób na życie i zarabianie pieniędzy. Ale zawsze skłaniam się ku bezpośredniemu kontaktowi z widzem.

Jednak musi Pan przyznać, że artystę mniej boli jeśli widz uśnie znudzony przed telewizorem, a nie na widowni.

- O to chodzi! Cios pomidorem w telewizor jest także mniej bolesny (śmiech).

W Pana życiu zawodowym zdarzyły się także dwie płyty, z czego ostatnia w 1999 roku.

- Kurcze, no tak jestem zapracowany. Muzyka od zawsze była moją pasją, towarzyszy mi ona wszędzie. Bardzo lubię głośno słuchać muzyki, szczególnie w samochodzie. W 1992 roku Andrzej Korzyński i Marek Dutkiewicz zaproponowali mi nagranie pierwszej płyty, z której pochodzi piosenka „Mówili na nią słońce”, która pod tytułem „Uratuj mi życie” zaistniała też w filmie „Uprowadzenie Agaty”. Do dziś utwór ten funkcjonuje w świadomości słuchaczy, co nie ukrywam bardzo mnie cieszy.

Więc będzie nowa płyta czy nie?

- Będzie! Niedawno na rynku pojawił się projekt sceniczny „Przypadki Roberta R.”. Jest to muzyczna historia o mnie, opowiedziana poprzez fajne kawałki Michaela Buble, Franka Sinatry, Robbiego Williama. Jest w nim też trochę numerów kabaretowych, ale przede wszystkim dobra muza, dużo tańca i światła.

Rozumiem, że z tego materiału powstanie ta trzecia płyta?

- Nie. Materiał na płytę wciąż chodzi mi po głowie, powoli rozsyłam wici wśród twórców. Ale krążek będzie moim kolejnym krokiem, bo wszystko mi mówi, że powinienem i zresztą bardzo chcę go nagrać.

Już myślałem, że kolejnym krokiem będzie ten upragniony potomek, o którym często Pan mówi. Jest Pan przecież młodym żonkosiem.

- Aaaaa (uśmiech)! No jakoś tak się składa…

Ma Pan w ogóle czas na życie prywatne?

- Oj mało, baaardzo mało! Ale choć jest go niewiele, to chciałbym, żeby ta prywatność była zarezerwowana tylko dla mnie.

Czyli nie rozwodzi się Pan?

- Nieee!!! Gdzież tam! Kocham swoją żonę i mam nadzieję, że ona też nadal mnie kocha. Jak jest fajnie, to nie należy tego niszczyć!

Rozmawiał: Marcin Kalita

Fot. autora wywiadu

„Extra Podkarpacie”

Robert Rozmus urodził się 19 stycznia 1963 roku w Korczynie koło Krosna. W 1987 roku ukończył Wydział Aktorski łódzkiej szkoły filmowej. Był związany z teatrami: Powszechnym w Łodzi i Nowym w Warszawie. Laureat I Nagrody Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Występował w musicalach: „Chicago”, „Kwiaty we włosach”, „Miss Sajgon”, „Taniec wampirów” i „Akademia Pana Kleksa”. Szerokiej publiczności dał się poznać jako Pan Rozi z Kabaretu Olgi Lipińskiej oraz członek grupy „Tercet czyli Kwartet”. Był gospodarzem popularnych programów telewizyjnych: „Dziewięciu wspaniałych” i „Rodzina jak z nut”. Znany z ról w takich filmach i serialach jak: „Na dobre i na złe”, „Niania”, „Tryumf Pana Kleksa”, „Bulionerzy”, „Magda M.”, „Ojciec Mateusz”, „Świat według Kiepskich”. Brał udział w programach Zbigniewa Górnego i Krzysztofa Jaślara: „Gala Biesiadna”, „Poprawiny”, „Biesiada bez granic”, a także show: „Taniec z gwiazdami” oraz „Gwiazdy tańczą na lodzie”. Jest wielokrotnym Mistrzem Polski Aktorów w tenisie. Jego obecną pasją jest golf, występuje również w Reprezentacji Artystów Polskich w piłce nożnej.

 


Strona 1 z 2